Bębny,
statywy oraz blachy wyprodukowane zostały przez highendową
firmę produkującą "PERKUSJĘ" - Polmuz.
werbel 14" z naciągiem Remo Ambassador
tom 12" z naciągiem Power Beat
tom 13" z naciągiem Remo Pinstripe
floor tom 16" z naciągiem Downhan :)
stopa 20" z naciągiem Oryginalnym (bynajmniej nie Nike)
+twin PowerBeat lub single Everplay
ride 18" Polmuz P-Custom
crash 16" Polmuz, aktualnie wyrabiający etat jako talerz
do efektów
hi-hat 14" Pearlmuz (wersja limitowana)
Oczywiście do wszystkiego są statywy - jakże trwałe, jakże
piękne, jakże przecudowne - wyprodukowane przez zacną firmę
Polmuz.
Pałki:
Gładki 135 jazz - do grania dżezu i trenowania dwójek.
Osca 1c - do grania muzyki z przytupem oraz tej o ostro
zarysowanym rytmie wiodącym.
Osca Fusion - do jedzenia ryżu, grania muzyki progresywnej,
robienia przejść paradidlami po tomach.
Instr.
perkusyjne:
Djembe hand-made nie przeze mnie, skóra kozia, drewno
brzozowe, naciąg z linki alpinistycznej, bęben potrafi
wyprowadzić psa.
HISTORIA
A teraz
historia... Z miejsca proszę dzieci & Panie o opuszczenie
sali, bo nie będzie to bajka dla wszystkich. A zresztą
inaczej -
pozostańcie wszyscy, za ewentualny uszczerbek na zdrowiu
psychicznym hoRacy(r) nie odpowiada... Zaczynam więc
stopniowy opis
degradacji fizycznej w/w sprzetu.
*** 2002: ***
Perkusję tą zakupiłem w spazmach rozkoszy na początku
wakacji Anna Dominik 2002. Stan (wtedy jeszcze) był... a jakże
- idealny...
Nie zauważyłem jednak, że lugsy w których zagnieżdzone były
śruby naciągające firmowe naciągi z folii ogrodowej były
plastikowe.
Już w pierwszym miesiącu (a był to mój pierwszy miesiąc z
instrumentem quasi-perkusyjnym w ogóle) musiałem powymieniać
większość
naciągów, gdyż te oryginalne, firmy "Folia Ogrodowa z
o.o." - po każdym, najsłabszym nawet uderzeniu, odwdzięczały
się ładnym
wgłebieniem lub przynajmniej dziurką... Powymieniałem
oczywiście na rezonansowe, które przełożyłem na górę...
Efekt zaskoczył
nawet najwytrawniejszych dźwiękowych smakoszy - powodował
ucieczkę wszelkiej fauny poza strefę w której słychać było
przejmujące
brzmienie bębnów. Założyłem więc firmę zajmującą się
deratyzacją mieszkań...
Pod koniec roku zostałem zmuszony do wymiany naciągów - na
werblu wylądował naciąg Pearl (za wysupłane ze świni -
skarbonki
siostry 35 zł). Na pierwszym tomie pod koniec roku wylądował
naciąg PowerBeat (który jest tam do dzisiaj) - wykorzystując
okazję,
odkupiłem go od kumpla, któremu nieświadomi zagrożenia
rodzice, zakupili takowego aż dwie sztuki.
Moje pierwsze pałki (Gładek 135 dżez) pękły dopiero w
2004, stukałem jednak na wielu innych - Gładki po pewnym
czasie przypominały
bardziej długie wykałaczki, aniżeli pałencje.
*** 2003: ***
Początek roku upłynął na ćwiczeniu rytmu "stopa,
werbel, stopa, werbel" oraz tego bardziej
skomplikowanego, nieregularnego:
"stopa,
werbel, stopa, weRRRbel". Aż do momentu, gdy Anioł
zszedł z Nieba i na spadochronie zaczepił się w ogródku
mojego dobrego kumpla,
błogosławiąc stojący u niego w garażu rower marki Wigry
6. Od tego się zaczęło:
"Gloria, chłopcy mają zespół, Gloria"....
Libido opętało nasze umysły, Libido opętało nasze serca,
nawet stojana nam wypełniło... I w czerwcu perkusja Polmuza
miała
przyjemność być wykorzystana przy odgrywaniu rytmów na
pierwszym koncercie zagranym w pewnej dyskotece. Umca, umca,
umca, umca -
akustyka właśnie taka. Pominę niewesoły fakt, że naciągi
na studni, drugim tomie i werblu miały na sobię 5 mm warstwę
żółtej taśmy
izolacyjnej, gdyż wcześniej pękły na pół (od tej chwili
wiem, że Pearl to zła firma :))).
Do wartych zanotowania zaliczyć można fakt, że koncert
zaliczam do tych udanych - nawet, gdy w środku utworu przestałem
grać, bo
mi pałeczka wpadła do pieca kumpla i musiałem ją wyciągać
- nikt się w tym fakcie nie połapał, bowiem gawiedź
szlachecka skakała
dalej.
Już wtedy pojawiły się pierwsze pęknięcia na crashu, które
niczym nowotwór wraz z upływem czasu pożerały coraz więcej
zdrowej
tkanki polmuzowskiego stopu.
Wakacje były ciężkim okresem dla bębnów. Nie sposób
opisać cóż za emocjonalne rozterki powtały w głebi mej
duszy, gdy po pewnym
czasie śruby bębnów po prostu zostały WYRWANE z
plastikowych gniazd, rozstrajając każdy z bębnów (a raczej
poluźniając, bo
nastroić bębnów nigdy się nie dało). Zakupiłem jednak po
miesiącach męczarni nowe gniazda (metalowe) z innego
Polmuza... Alleluja,
mogłem nareszcie naciągnąć naciągi... wow... Wymieniłem
także naciąg werblowy i studniowy na te, które znajdują się
aktualnie na
moim polmuziątku.
Do dziś w środku nocy potrafię obudzić się z krzykiem,
gdyż regularnie śnią mi się koszmary o moich zmaganiach z
polmuzowską
stopką. Sprężyna od długopisu, pokrzywiony bijak, zamiast
łożysk 2 gwoździe... Coś dla fanów mocnych wrażeń, coś
dla wielbicieli
sztuki turpistycznej... Widząc moje zmagania z
niewidzialnym wrogiem - kochani znajomi na moje 18te urodziny
zorganizowali się,
by
zakupić mi normalną stopkę... Tak też Everplay zagościł
pod moim trampkiem "made in china".
W październiku zrobiłem mojemu polmuzowi małą niespodziankę,
zabierając go ze świetlicy wiejskiej remizy strażackiej
(gdzie
rezydowała od początku swej egzystencji ze mną za sterem)
do oddalonego o 10 km Miejskiego Domu Qltury, gdzie wraz z
Libido
postanowilismy się na żywo zgrać. Moja perkusyjka otoczona
specjalistycznymi mikrofonami wyglądała nad wyraz dostojnie.
Niestety -
zawiodły i umiejętności, i okoliczności (akustyk dostał
flachę po sesji nagraniowej, a nie przed, co zaowocowało
kompletnie złym
nagłośnieniem). Oczywiście (hehe) możecie utwory wszystkie
ściągnąć z www.horacy.art.pl
... Szczerze polecam usłyszenie bębnów o
któych mowa w tym tekście...
Pod koniec roku pojawił się przerzut nowotworowy i mimo
dwukrotnego obcięcia pęknietego crasha, pęknięcia pojawiły
się na
ride`dzie i
blaszkach hi-hatu. Podobnie - pękła rura statywu od werbla,
który (rys.3) zastąpiła zużyta pałeczka od perkusji.
Mimo to - wielokrotnie występowała jeszcze przed wielką
publiką na licznych koncertach... Amen.
*** 2004: ***
A oto przed Wami końcowa faza degradacji perkusji. To tutaj
widać jak IDEAŁ SIĘGNĄŁ BRUKU. To tu widać jak WIELKIE
IDEAŁY SKOPANE
ZOSTAŁY DO RYNSZTOKA.
Sprzęt nie wytrzymał wygórowanych brzmieniowych wymagań,
wyżyłowanych standardów muzyki rockowej. Maszyna do hihatu
po wielu
awariach działania oraz odpadnięciu nóżek została
zaklejona taśmą klejącą (rys.6) - inaczej by się, za
przeproszeniem, rozjechała.
Większość gwintów przy statywach została przekręcona,
zepsuta. Statyw do crasha po nieciekawej przygodzie (złamanie
górnej części
rury na wycieczce w Zakopanem) - został potraktowany starym
wkrętem, hakiem i taśmą klejącą (rys.4).
Na osobny wywód zasługuje talerz crash, który w skutek
stawiania oporu przeciwnościom losu nabył wiele ciekawych
cech (detal na
rys.2). Gdy zamontowany jest w normalnej pozycji (na kształt
normalnego talerza) - wydaje ciężkie, szkliste brzmienie
przypominające odgłos łamania blachy skorodowanego
trabanta. Gdy natomiast odegnie się jego skrzydełka ku górze
(na kształt
\_,.-.,_/ ) diametralnie zmienia brzmienie - na bardzo
wysokie, dzwonkowate, z wyrażnie zaznaczonym ping. Cóż za
urozmaicenie -
nie prawdaż?
Zakupiłem także do zestawu podwójną stopę powerbeat. Co
jednak z tego skoro bas brzmi nie "tyk,tyk", a
"BUUUUUUUUUU".... :)))
Podsumowując: zmysł techniczny Horacego opisać można w
kilku słowach: "Jeśli czegoś nie da się zrobić taśmą
klejącą, to się nie da
zrobić".
Tym optymistycznym akcentem kończę mój wywód, dodając
jeszcze na końcu, iż djembe (rys. 6) nie posiada aż tak
barwnej historii,
choć już wiele w ciągu 2 miesięcy w moich dłoniach przeżyła...
Trzeba wiedzieć jak zadowolić instrument, nie?
Pozdrawiam wszystkich, którzy dotarli do końca... And
remember - always look on the bright side of life... :)