Punky Reggae Live to taka magiczna impreza. Kilka regałkowo-kinderpunkowych zespołów grających prostą, ale naiwnie buntowniczą muzyczkę i tłum młodzieży w wieku wczesno-licealnym przypominającej mi, że lata trwania nieubłagalnie płyną. To jest ten jeden z nielicznych dni w roku, kiedy trzeba beztrosko, obligatoryjnie uraczyć swoje trzewia tanim siarkofrutem marki Komandos lub nalewką lipowo-miodową z Żabki, nie zważając na konwenanse. A przynajmniej tak to sobie tłumaczę.
Farben Lehre już 6 lat temu żenowało mnie naiwnością swoich tekstów i infantylizmem toczącym się z każdej nuty. Ale wraz z upływem lat właśnie TO w nich szczególnie polubiłem.
Nie ma takiej siły, która zniszczy to co w nas!!!
Cieszę się jak dziecko, gdy widzę naocznie, że w tak małym mieście jak Szczecin powstaje kolejna zbuntowana fala ludzików, których JESZCZE nie widuję w Pubie Hormon, a widywać zacznę za mniej więcej 2 lata
. Przypomina mi się tożsamy okres mego życia, kiedy jedynymi, przytłaczającymi problemami były sprawdziany z historii i kartkówki z geografii. Lub nie było czasu na niekończące się rozmowy o zespołach muzycznych… A wszystko mimo, że było wyjątkowo penisowe, zdawało się być bardziej czarne i białe.
Zgubiłem na tej imprezie WSZYSTKO – bluzę, kurtkę, telefon, Żabę. Pierwsze dwie znalazłem w wielkim worku trzymanym przez kilku kolesi w bluzach Lonsdale, telefon odzyskałem za piwo od losowej młodzieży (nie pytaj mnie jak to zrobiłem), Żaba odnalazł się po koncercie i był trzeźwiejszy niż wcześniej. Pozytywnie, prawda?
Ach – i coraz mniej jest okoliczności, gdzie dredy działają in-plus na odbiór mej persony, a nie odwrotnie
Wpisy (RSS)